Jak na przestrzeni lat poprawiłam skręt włosów? 15 sposobów, które mogą odmienić Twoją kudłatą egzystencję.

loki | włosy | kręcone | czarne | brunetka | metamorfoza | zmiana

Ostatni post o Włosowej Metamorfozie wzbudził w Was szereg pozytywnych emocji, co mnie wyjątkowo raduje! Wasze wiadomości wskazują wyraźnie, że szczególnym zainteresowaniem cieszy się diametralna zmiana typu skrętu. Podpytujecie jak to osiągnęłam i czy Wy również możecie uzyskać zbliżone efekty.

No to zaczynajmy.

Przede wszystkim nie jestem w stanie przewidzieć jak moje sposoby sprawdzą się na Waszych włosach - to Wy znacie je najlepiej i tylko Wy możecie w pełni poznać ich preferencje. Każda lokata głowa jest bowiem inna i to jest w tym piękne :)

Podzielę się jednak z Wami tym, co sprawdziło się u mnie - a nóż Wasze lokasy zareagują na te "zabiegi" równie pozytywnie.

1. Dobranie odpowiedniego cięcia i... fryzjera.

Aby włosy mogły się kręcić najczęściej potrzebują mieć na to miejsce. To miejsce umożliwia im tzw. cieniowanie. Krótsze poszczególne warstwy sprawiają, że włosy zyskują na objętości, łatwiej im także nabrać kształtu, ale... nie zawsze.

Sama miotałam się po wielu fryzjerach, którzy zazwyczaj wychodzili z założenia, że im mocniej te loki wycieniują - tym lepiej. Niejednokrotnie zatem kończyłam wizytę z górną warstwą długości kilku centymetrów, z której nijak przecież nie mógł się skręcić jakikolwiek porządny pukiel.

Lata zajęło mi dojście do tego, że warstwy są spoko, ale niewiele i o wiele dłuższe niż serwowali mi poprzedni fryzjerzy (także z racji tego, że mój skręt ma dużą średnicę - musi więc być spora długość żeby miał się z czego skręcić). Okazało się także, że cięcie dołu w kształt litery "V" nie zdaje egzaminu - o wiele lepiej sprawdza się kształt litery "U".

Wszystko jest indywidualne. Sama na grupach włosowych lub wśród moich czytelników poznałam osoby, których włosy w ogóle nie tolerują cieniowania po całości (jedynie przy twarzy) lub aby wydobyć skręt - potrzebują naprawdę mocnego strzyżenia.

I tutaj najważniejsza jest podstawa - DOBRY FRYZJER. To on ma poznać Wasze włosy, wypracować z Wami najlepszy dla nich sposób cięcia i kształt. Może mu się to nie udać na pierwszej wizycie, ale ważne żeby słuchał co do niego mówicie, analizował Wasze obserwacje i dopracowywał warsztat. I nie - aby uznać go za profesjonalistę w swoim fachu nie musi ciąć na sucho :)

2. Pielęgnacja włosów zgodnie z ich aktualnymi potrzebami, nie z góry rozpisanym planem.

Zauważyliście, że nigdy nie tworzyłam i nie dzieliłam się tutaj z Wami planami pielęgnacyjnymi? Nie - nie wynika to z mojego lenistwa, ale z przekonań. Żaden rozpisany z góry plan nigdy nie sprawdził się u mnie tak jak... obserwacja.

Każda lokata głowa ma różne preferencje co do tzw. równowagi PEH (Proteiny - Emolienty - Humektanty). Jedne loki potrzebują wszystkiego po trochu w mniej więcej równych proporcjach, inne uwielbiają nawilżanie i muszą mieć się na baczność z emolientami a jeszcze innych nie da się przeproteinować.

Dodatkowo dochodzi fakt, iż w miarę stosowanej świadomej pielęgnacji zmianie może ulec porowatość włosów. Ja sama zaczynałam od włosów wysokoporowatych a obecnie mam średnioporowate w stronę niskiej porowatości. Czy na początku pielęgnacji sprawdziłyby się u mnie te same kosmetyki, co obecnie? 

Nie.

Mało tego - czy wszystkie kosmetyki, które rzekomo nadają się do mojej porowatości zdają u mnie egzamin? 

Nie.

Jak zatem wychwycić co konkretnie Waszym włosom służy a co nie, jakie kosmetyki przestały się sprawdzać mimo kilku lat zastosowań z sukcesem i dlaczego, jak "wyprzedzić ruch przeciwnika"? Odpowiedzi na te i inne pytania nie znajdziecie w gotowym planie. To obserwacja nauczy Was Waszych włosów - w poście o odżywianiu i regeneracji włosów poczytacie troszkę więcej na jej temat a także o moim podejścia do równowagi PEH.

3. Olejowanie! 

Nikt nie lubi jak się na niego krzyczy, ale ten sposób musiałam okrasić wykrzyknikiem - wybaczcie :) Po prostu olejowanie jest podstawą mojej pielęgnacji. Poświęciłam temu zabiegowi osobny post lata temu, ale od tego czasu nie tylko nie stracił on na znaczeniu, ale wręcz zyskał.

Kiedyś olejowałam włosy regularnie, ale stosunkowo rzadko. Wiązało się to bowiem z kiblowaniem całego popołudnia w domu, bo przecież żeby były efekty to tego oleju trzeba trochę na te włosy naciapać. A jak już naciapałam to najlepiej pod folię i czapkę. 

Umówmy się - świata w tym stroju nie zawojuję.

Na przestrzeni lat sama się przekonałam, że włosy wcale wyjątkowo mocno uwalone tym olejem być nie muszą. Mało tego - jak umiejętnie ten olej rozprowadzę to potem mogę zwinąć kudły w tzw. messy bun i pójść w takim wydaniu na miasto czy pobiegać.

* jeśli nie wierzycie to na moim Instagramie jest zapisana relacja "Włosowo" - tam przemawiam do Was radośnie w naolejowanych włosach - sami oceńcie czy rzeczywiście w takim wydaniu nie można iść na miasto czy nawet do pracy (co mi się czasem zdarzało).

Dodatkowo samo nakładanie oleju zajmuje mi teraz kilka chwil i na dobrą sprawę stało się tak naturalne, że wpada niemal przed każdym myciem. Tym bardziej, że właśnie ta częstotliwość nakładania sprawiła, że zauważyłam ewidentny wpływ olejów nie tylko na poprawę kondycję włosów, ale i sam skręt.

4. Mycie metodą OMO lub odżywką.

O metodzie OMO pisałam Wam już lata temu w poście o mojej ulubionej metodzie mycia włosów. Wciąż wiedzie ona u mnie prym, choć od czasu postu odrobinę ją zmodyfikowałam a wymógł to... pkt 3 dzisiejszego zestawienia, czyli właśnie olejowanie.

Wśród włosomaniaczek panuje taka odgórna zasada (zresztą słuszna), że olej najlepiej zmywa się emulgowany odżywką. Po prostu substancje zawarte w maskach lub odżywkach łączą się z olejem i potem łatwiej tego oleju się pozbyć niż myjąc samym szamponem.

Jest tylko jeden, zasadniczy dla mnie problem. 

Oczekiwanie.

Aby bowiem odżywka mogła taki olej zemulgować - należy ją nałożyć na długość włosów co najmniej na kilkanaście minut, co wydłuża czas mycia a czego ja osobiście nie lubię.

Myję zatem włosy metodą OMO traktując olej jako pierwsze "O" :) Dobrze czytacie - nie nakładam odżywki podczas mycia. Moczę włosy, szampon nakładam wyłącznie na skórę głowy, myję dokładnie, spływająca piana zmywa nadmiar oleju, potem odżywka/maska dosłownie na minutę i koniec mycia - zostaje tylko stylizacja.

Mycie odżywką wiąże się natomiast metodą restrykcyjnego CG, którą swego czasu testowałam i która nie zdała u mnie egzaminu. Mycie wyłącznie odżywką nie wchodzi u mnie w rachubę, pojawiają niepożądane skutki, o których napisałam Wam  w podsumowaniu testu tej metody. 

Od czasu do czasu, tj. najczęściej raz na dwa tygodnie wchodzi jak złoto i genialnie sprawdza się na wyjazdach. W tegoroczne Tatry do pielęgnacji włosów zabrałam wyłącznie odżywkę Petal Fresh Tea Tree, która była moim myjadłem, maską i stylizatorem. Dodatkowy plus zaoszczędzający czas - kiedy myję włosy odżywką odpuszczam sobie olejowanie. Ale tylko wtedy.

5. Zabezpieczanie włosów na noc - codzienne spanie w "ananasie".

Włosy myję wieczorem i pozwalam im naturalnie wysychać. Taki system sprawdza się u mnie najlepiej. Od lat śpię na satynowej poduszce, co naprawdę zauważalnie zmniejszyło mechacenie kudłów, jest też milsza dla buzi. O roli zabezpieczenia pisałam Wam już dosyć dawno - w TYM poście. 

Przez długi czas jednak potrafiłam spać z rozpuszczonymi włosami, bazując wyłącznie na tej satynie. Niby kudły się nie niszczyły, ale kształt mimo wszystko się odgniatał. Wystarczyło na co dzień wprowadzić popularnego "ananasa" spiętego bardzo luźną gumką i zauważyłam, że rano wymagają o wiele mniej czasu o ile... w ogóle im go poświęcam.

6. Odnalezienie Graala wśród konsystencji stylizatorów i na nim oparcie całej stylizacji.

Wyzwania z użyciem 2, 3 czy 15 stylizatorów nie są dla mnie. Po pierwsze nie przepadam za długim wiszeniem nad wanną (a żeby wgnieść kilka kosmetyków po sobie to trzeba swoje odwisieć), po drugie - produkuje się w cholerę niepotrzebnych śmieci a po trzecie - szkoda mi na to pieniędzy.

Początki jednak rządzą się swoimi prawami - wtedy człowiek nie wie co tym kudłom pasi i musi po prostu swoje przetestować. Ja dość szybko (na szczęście) zorientowałam się, że podstawą stylizacji jest u mnie żel. Żadne pianki, spraye czy kremy nie mają racji bytu jeśli nie "domknę" ich żelem.

Przez długi czas stosowałam najpowszechniejszy duet, tj. krem + żel. Po jakimś czasie okazało się, że krem mogę zastąpić dobrą odżywką, nawet jeśli użyłam ją już zgodnie z przeznaczeniem w tym samym myciu (dobry przykład mnogości zastosowań znajdziecie w poście o masce Garnier Hair Food). Tym samym obecnie moja stylizacja to tylko żel, bo jeśli nie widać różnicy... :)

7. Nakładanie odżywki na ociekające wodą włosy co prowadzi do... (pkt 8)

Nakładanie odżywki na ociekające wodą włosy było moim totalnym gejmczendżerem i kiedy opisałam Wam ten patent na moim Instagramie to okazało się, że nie tylko ja zauważyłam u siebie różnicę już po pierwszym zastosowaniu tej metody.

Nie będę Wam się tutaj osobno rozpisywać - wystarczy, że klikniecie w zdjęcie poniżej, w którym starałam się dokładnie opisać co robię.

 


8. Aplikacja produktów na ociekające wodą włosy (metoda praying hands - modlących się dłoni).

Wszystkie pomyciowe stylizacyjne artefakty uruchamiam na ociekające wodą włosy. Mimo, że czasem mocniej od tego ubrudzi się wanna, kapnie na ciuchy czy zdarzy się nieprzyjemne uczucie ściekania cieczy po szyi - nie ma mowy o odgniataniu nadmiaru wody, bo mój skręt i definicja zdecydowanie na tym tracą.

Jak już wiecie z pkt. 7 - zaczyna się to od momentu nałożenia odżywki do spłukiwania. Przy stylizacji zauważyłam tą samą zależność. Kosmetyk stylizacyjny nałożony najpierw dłońmi metodą "praying hands" a następnie ugniatany (czemu towarzyszy dość charakterystyczny dźwięk) lepiej łączy się z wodą i samym włosem. 

Ja mam uczucie lepiej rozprowadzonego kosmetyku, dodatkowo ugniatanie z dużą ilością wody poprawia kształt włosów i nawet stosując bardzo mocny żel mamy szansę uniknąć jego negatywnej strony mocy - uczucia zbyt dużej sztywności, matowych i pozbawionych blasku włosów. Jakby nie patrzeć - woda go po prostu trochę "udelikaca".

9. Trening czyni mistrza - co mycie traktowanie włosów jak kręconych, nawet jeśli nie mają stylizatora.

Znacie to - zauważacie symptomy, że włosy chcą się falować/kręcić. Szukacie sposobów na ich pielęgnację i robicie to dziewicze mycie w nowo obranym kierunku. Po wyschnięciu okazuje się jednak, że coś poszło nie tak, więc rozczesujecie włosy na sucho i czekacie do kolejnego mycia.

Lub inaczej - od dłuższego czasu włosy staracie się traktować inaczej, ale efekty pielęgnacji nie zawsze przynoszą dobre skutki. A dzisiaj przecież ważne spotkanie/randka - no to sobie wyprostuję te kudły. Przynajmniej będę pewna dobrego efektu a od czasu do czasu zaszaleć nikomu nie zaszkodzi.

Zaznaczam od razu - NIE uważam powyższych działań za zbrodnię przeciwko ludzkości. Jednak u siebie widziałam, że wystarczyło jednokrotne użycie prostownicy i przez tydzień włosy nie chciały się zakręcić jak to od dawna miały w zwyczaju. Podobnie rzecz wyglądała kiedy coś mnie podkusiło żeby na sucho rozczesać włosy do olejowania. 

Nawet jeśli jestem chora to umyć włosy i nałożyć odżywkę muszę. Więc po jej spłukaniu odrobinę tej samej odżywki wgniatam jak stylizator i odgniatam nadmiar wilgoci. To zajmuje minutę a włosy za każdym razem są stymulowane do skrętu choć nie będzie on tak dobry i zdefiniowany jak po użyciu żelu.

Jest tylko jeden moment, w którym włosy mam rozczesane na prosto i w takiej formie wysuszone - fryzjer. Poza tym dniem (który pojawia się ze 2 razy do roku) nie rozczesuję włosów na sucho, nie prostuję, nie wygładzam, nie upinam w koczki - ślimaczki. Po kilku latach takiej rutyny przynosi to efekty.

10. Denman Brush (a raczej chińska podróbka).

Jakbyście mnie zapytali jeszcze 2 lata temu czy jakakolwiek szczotka jest mi potrzebna do szczęścia - pewna siebie odpowiedziałabym stanowczym "nie". I rzeczywiście tak było. Na przestrzeni lat grzebienia używałam sporadycznie a szczotki w ogóle. Najczęściej czesały mnie moje własne palce. Miłe to, ekonomiczne, zawsze miałam je przy sobie...

I pewnie nic by się w tej kwestii nie zmieniło gdyby nie ożywiona konwersacja z Faloveloveblog na temat szczotki do stylizacji kręconych włosów Denman Brush a następnie... na temat jej podróbki z Aliexpress. Marysia była tak dobra, że jeszcze podesłała mi dane do zaufanego sprzedawcy, więc nie zastanawiając się dłużej dokonałam zakupu cuda za kilkanaście złotych.

Pierwsze próby nie należały do udanych. Było mi dziwnie, włosy bardziej się strączkowały niż zawijały a tutoriale wskazywały, że najlepsze efekty daje traktowanie nią niewielkich sekcji, co znowu (znowu!) przekładało się na wydłużenie czasu stylizacji a tym samym ogólnej pielęgnacji włosów.

P.S. Ja nie wiem - czy ktoś ma w tym jakiś ukryty cel? Im dłużej trwa mycie, tym więcej punktów do zajebiaszczości czy co? :)

W końcu postanowiłam zrobić to po swojemu. Rozczesywanie na żelu sprawiało więcej problemów niż to warte, więc stosowałam szczotkę wyłącznie po odżywce bez spłukiwania/kremie. Włosy podzieliłam na 3 sekcje i przejechanie po każdej szczotą wraz z charakterystycznym zakręceniem zajęło dodatkową minutę. Tyle mogłam poświęcić.

A potem? Potem pochwaliłam się efektami:

 


Podróbka Denmana jest ze mną od ponad roku. Stosuję ją co każde mycie tak samo jak opisałam to akapit wyżej. Każdemu służy w inny sposób, każdy musi znaleźć na nią swój patent. Zdarza się także, że miłości z tym sprzętem nie ma, ale jak nie sprawdzisz to się nie dowiesz. U mnie zmieniła bardzo wiele i już nie wyobrażam sobie mycia włosów bez jej zastosowania. 

Tak - zgodnie z pkt. 8 w czasach choroby/lenistwa rozczesuję nią i ugniatam samą odżywkę.

11. Gniotu, gniotu, gniotu. Na lewy bok, na prawy bok, na wprost, ale wciąż gniotu, gniotu...

Jakbym miała jednym słowem opisać na czym polega moja technika stylizacji byłoby to po prostu ugniatanie. Wiadomo - kosmetyk trzeba rozetrzeć w dłoniach, rozprowadzić na ociekających wodą włosach (patrz pkt. 8) itp., ale bez ugniatania cała pielęgnacja i stylizacja nie przyniosłaby pożądanego efektu.

Moje loki ubóstwiają ugniatanie. Na dobrą sprawę poprzednie punkty (poza wodą na włosach) mogłabym potraktować po macoszemu a i tak przy dobrym ugniataniu nadrobiłabym wszystko. Właśnie to całe "gniotu gniotu" pozwala produktowi połączyć się z wodą i włosem, dotrzeć w każdy zakamarek i wykonać swoją robotę.

Ugniatanie nadaje moim włosom kształt, definiuje je, podnosi ich objętość a im lepiej je ugniotę - tym mniej uwagi przykładam kudłom w kolejnych dniach, bo po prostu dobrze trzymają się już po samym myciu. I choć na wszystkim lubię sobie skracać robotę to ugniatanie zawsze musi trochę potrwać, bo wiem, że przyniesie to wymierne efekty.

Myję włosy i wszystko wokół nich robię z głową w dół. To także jest najlepsza pozycja do ich ugniatania. Ugniatam najpierw wisząc na wprost, potem przerzucam i ugniatam kudły na jednym boku, zmieniam stronę i to samo. Cały czas obiema dłońmi, gniotę pojedynczo a potem wprowadzam "trzykrotne combo". Wszystko trwa kilka intensywnych chwil i prowadzi nas do kolejnego punktu...

12. Odgniatanie nadmiaru wody ręcznikiem z mikrofibry Decathlon.

Ręcznik z mikrofibry od Decathlon jest moim kolejnym gejmczendżerem, ale ten (wbrew temu poprzedniemu) ma nas nadmiaru wody z włosów pozbawić. Przez długi czas stosowałam zwykłe ściereczki z mikrofibry i wydawało mi się, że jest w miarę w porządku, choć włosy często kończyły odrobinę zmechacone.

Będąc w Decathlonie trafiłam kiedyś na promocję ich ręczników, wzięłam jeden wielki i pocięłam na 3 części. Pierwsze użycie i totalny szok! Pięknie odsączone z wody włosy a do tego skrupulatnie ugniatane lokasy nie tylko są mocniej utrwalone, nie tylko mają lepszą objętość, ale i... mocniejszy skręt!

Ten sam pocięty ręcznik jest ze mną od ponad 2 lat. Piorę go w pralce, nie oszczędzam, a śladów użycia (poza amatorskim cięciem oczywiście) nie widać. Zatem nawet jeśli jadę w podróż, w której włosy będą bardzo nisko na liście priorytetów to zawsze poza jedną odżywką do wszystkiego zabieram jeszcze jeden element - ręcznik z Decathlona .

13. Plopping.

Znacie rutynowe działanie kiedy po umyciu włosów zawija się je w turban z ręcznika? Plopping jest takim pomyciowym turbanem, który nie tylko wchłonie nadmiar wody i w tym czasie pozwoli nam dokończyć pielęgnację twarzy czy ciała bez majtających się bezwładnie mokrych kosmyków, ale także utrwali wygnieciony misternie skręt. Pięknie to obrazuje poniższa grafika:

 

Źródło: naturallycurly.com

W najprostszej wersji bierze się po prostu odpowiednio przygotowaną bawełnianą koszulkę i już może ona spełniać swoją rolę. Mi spełniała przez ponad 10 lat kiedy to z moją pyzatą buzią wyglądałam jak Heidi. Brakowało tylko Krasuli do wydojenia :)

Mój ploppingowy światopogląd zmienił się jednak o 180 stopni kiedy w moje ręce wpadł turban od Anwen. Na początku wydawało mi się, że to niepotrzebny wydatek (znoszona i wyciągnięta męska koszulka jest niemal za darmo przecież), ale po pierwszym jego zastosowaniu zobaczyłam jak wyglądam i... koszulka natychmiast poszła w odstawkę. 

Zachwyt J., który rytualnie chciał spalić swój szary T-shirt tylko utwierdziła mnie w przekonaniu, że to był dobry ruch. Łatwość zastosowania, dobrej jakości materiał i wygoda to jeszcze dodatkowe plusy tego cuda. No i najważniejsze - po rozpuszczeniu z turbana kształt włosów jest zdecydowanie lepszy niż po koszulce, która często te włosy "zgniatała". Żyć nie umierać!

14. Prosta, stała reanimacja.

 
Podkreślam Wam tutaj wagę prostoty pielęgnacji. Ma ona plusy nie tylko w kwestii ekonomicznej, ale przede wszystkim zaoszczędza ogrom czasu i pozwala stale powtarzać wyuczony schemat. Ułatwia także doszukiwanie się niedociągnięć, bo kroków jest niewiele i łatwo zauważyć co na tej drodze nie gra po naszej myśli.

Nie inaczej wygląda to w przypadku mojej reanimacji, na którą składa się spryskanie włosów rozcieńczoną wodą odżywką, nałożenie jej odrobiny metodą praying hands (patrz pkt 8), ewentualnie nałożenie tą metodą odrobiny żelu a następnie ugniatanie jak w pkt 11, ale zdecydowanie krócej. Potem pozostawiam włosy do naturalnego wyschnięcia (zajmuje im to ok. 20 minut, czyli kiedy jem lub robię jogę, gonię kota z maty, wracam do jogi i znowu gonię kota). Powstałe po wyschnięciu sucharki odgniatam odrobiną roztartego w dłoniach oleju i voila!

Coraz częściej jednak z uwagi na dobre ugniatanie "pomyciowe" reanimacja mogła zostać przeze mnie jeszcze bardziej skrócona i polega wyłącznie na spryskaniu włosów rozcieńczoną odżywką, krótkim przegładzeniu i ugniataniu. Sucharki odgniatam zawsze z olejem.

15. Niepoddawanie się w dążeniu do celu <3

Dbanie o włosy to proces, który trwa. Wiele osób oczekuje spektakularnych efektów po jednym czy dwóch myciach a najlepiej na - ten - tychmiast. Rzeczywiście - czasem są kudły, które potrzebują niewielkiego impulsu żeby pokazać na co je stać. Moim, jak widać, zajęło to zdecydowanie dłużej i nie roszczę sobie do nich żadnych pretensji z tego tytułu.

Czas i tak upłynie.

Świadoma pielęgnacja nawet jak nie wyczaruje Wam lokasów jak trwała Justina Timberlake'a z czasów N SYNC to na pewno pozytywnie wpłynie na kondycję włosów, ich strukturę i ogólny wygląd. A jak przestaniecie skupiać się na tym czy ten pożądany skręt w końcu się pojawił, czy urodził się gdzieś z tyłu głowy kolejny rulon to nim się obejrzycie (nawet jeśli miałoby to trwać 5 lat) Wasze włosy zaczną Was zachwycać :)

Powodzenia zatem!

12 komentarzy :

  1. Jako dziecko miałam piękne sprężynki od połowy długości włosów. Marzę o tym by je odzyskać. Będę o to walczyć bo przecież najważniejsze to don't give up! Super artykuł, dał inne spojrzenie na pielęgnację włosów. Pozdrawiam serdecznie <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, zależało mi na tym żeby był pomocny :)

      Usuń
  2. Woow - naprawdę piękne, sprężyste loki! *___*

    OdpowiedzUsuń
  3. Przepiękne loki! Nie słyszałam o nakładaniu odżywki na ociekające włosy - zdecydowanie wypróbuję.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To jest mój totalny gejmczendżer do dziś :D Polecam i chętnie dowiem się jak wrażenia :)

      Usuń
  4. O matko, ale masz piekne, naturalne wlosy! Mi szczerze mowiac kiedys nie podobaly sie krecone wlosy, ale teraz uleglo to zmianie. Bardzo podobaja mi sie takie sprezynki i slyszalam, ze mezczyzna rowniez ;d

    W wolnej chwili zapraszam Cie rowniez do mojego nowego królestwa. Czekam na Twoją wizytę ;*
    Pozdrawiam serdecznie,

    Anna https://synergia-zmyslow.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję Ci, Aniu :) Nie wiem czy facetom się podobają, ale z naturą nie ma co walczyć - trzeba ją wspierać :D

      Usuń

Hair Witch Project | beauty and lifestyle blog © 2015. Wszelkie prawa zastrzeżone. Szablon stworzony z przez Blokotka